My jesteśmy gośćmi, a często czujemy się jak właściciele

Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie fotografią?

Zaczynałam jako dziecko. Mój dziadek był fotografem amatorem, fotografował smieną. Miał niewielki dom z dużym dzikim ogrodem, a kilka lat przed śmiercią dostał posadę administratora i kierownika ośrodku w Rudzie Śląskiej. Był to ośrodek Wypoczynkowo-Rekreacyjny Lasy Kochłowickie zagospodarowany przez kopalnię Nowy Wirek. Ośrodek ten znajdował się w lasach panewnickich, dla mnie było to bajeczne miejsce, wśród zieleni i dwóch stawów. To był rodzaj przystani zarówno dla gości odwiedzających to miejsce jak i dla mnie, kiedy w wolnym czasie zostawiałam miasto i odwiedzałam dziadka. Zdjęcia wywoływało się wtedy w ciemni, cały ten proces wydawał się mieć tajemniczy nieco magiczny charakter. Dziadek zabierał mnie na spacery do lasu, uczył, w jaki sposób kadrować, jak wycinać obrazy z otaczającej nas rzeczywistości. Do tej pory patrzę na świat obrazami, jestem bardzo wrażliwa na te niepozorne, ulotne sytuacje, które wywołują zachwyt lub chwilę refleksji. Niestety, mając pięćdziesiąt sześć lat w ciągu paru miesięcy, dziadek zmarł na raka. 

Byłam wtedy dzieckiem, więc bardzo przeżyłam jego odejście. Został po nim cały sprzęt: powiększalniki, papiery, stare filmy… Babcia powierzyła to wszystko mnie i mojej starszej siostrze Patrycji.

Postanowiłam zapytać o możliwość otwarcia koła fotograficznego w Domu Kultury w Ligocie, gdzie chodziłam na zajęcia plastyczne z rysunku i malarstwa. Moja propozycja spotkała się z bardzo pozytywną reakcją i koło zostało otwarte. Spotykaliśmy się w piątki, robiliśmy zdjęcia i wspólnie wywoływaliśmy je w ciemni. Często byłyśmy tam same z siostrą, tylko od czasu do czasu pojawiała się jakaś nowa osoba lub pan Tomek, opiekun koła. W liceum zrezygnowałam z fotografii. Dojazdy do Katowic oraz pomoc w opiece nad moim młodszym rodzeństwem sprawiły, że praktycznie nie było czasu na dodatkowe zajęcia. 

Moja przygoda z fotografią skończyła się aż do czasu, kiedy poznałam mojego męża. Pracował wówczas dla Polskiej Agencji Prasowej i pewnego dnia zaproponował, abym pojechała zrobić własny materiał. Dostałam od niego film i aparat. Była wtedy zima, trzęsły mi się ręce, ale nie z zimna, to świadomość, że przecież tyle lat nie fotografowałam, bardzo mnie stresowała. Jednak tego się nie zapomina, z fotografią jest jak z jazdą na rowerze, trzeba sobie przypomnieć najważniejsze rzeczy, a potem po prostu szukać kadrów.
Zawsze chciałam iść do szkoły plastycznej, ale skończyłam na politechnice. Rodzice uważali, że to nie jest zawód, że skończę, stojąc na ulicy, sprzedając obrazy. 

Studiowałam inżynierię i ochronę środowiska.
Pracowałam kilka lat w branży, lecz zawsze podświadomie myślałam, aby wrócić do działań artystycznych. To było moje niespełnione marzenie z dzieciństwa – czasu, kiedy oprócz fotografii zajmowałam się malarstwem, rysunkiem, rękodziełem…

Mąż miał firmę fotograficzną, robiliśmy reportaże i zdjęcia na bilbordy dla prywatnych szkół wyższych w regionie, w tym dla Wyższej Szkoły Technologii Informatycznych w Katowicach, WSB, SWSM.

Nie zastanawiałam się ani chwili, kiedy dowiedziałam się, że otwierają nowy kierunek, porównywany do studiów w Akademii Sztuk Pięknych, dodatkowo dofinansowany z Unii. 
Była końcówka sierpnia, a egzamin wyznaczony na dwudziestego pierwszego. Należało zaprezentować swoje prace, a ja nie miałam praktycznie niczego. Na szczęście, nie wyrzuciłam moich rysunków sprzed lat. Myślę, że komisja miała niezły ubaw, jak przyszłam z pożółkłymi kartkami. Powiedziałam szczerze, że zawsze o tym marzyłam i nie zdążyłabym przygotować wartościowego portfolio w tak krótkim czasie. Prace na szczęście się spodobały, dostałam swoją szansę. Fotografia była jednym z obowiązkowych przedmiotów aż do trzeciego roku, wróciłam więc do systematycznego robienia zdjęć. 

Co stanowi główną inspirację dla Twoich prac?

Moje największe zainteresowanie wzbudzały tematy, związane z czymś, co odchodzi i tym, co zanika. Być może to właśnie straty takie jak śmierć dziadka, które dotknęły mnie w dzieciństwie, spowodowały, że zaczęłam zwracać uwagę na fakt, że nic nie jest wieczne. 

Prababcia zmarła dwa lata później. To ona nauczyła mnie rozróżniać zioła, kiedy podczas wakacji, chodziłyśmy je zbierać w ogrodzie i na łąkach. Leczyła mnie, kiedy byłam chora, przychodziła ze specjalnymi mieszankami, robiła kompoty i soki z jagód, kiedy miałam gorączkę. Nie zdążyłam się jednak nauczyć od niej zastosowania ziół. 

Dzieci podchodzą do takich spraw, myśląc, że wszystko będzie trwało wiecznie. Dorastamy, zaczyna nam brakować pewnych rzeczy, czujemy niedosyt. Dlatego w moich projektach tak często zajmowałam się motywem natury i przemijania.

Podczas jednego z tematów realizowanych na zajęciach postanowiłam się zmierzyć z trudnym doświadczeniem wizyty w obozie koncentracyjnym, która była obowiązkowa w ósmej klasie mojej podstawówki. Choć było to proste zadanie na głębię ostrości, postanowiłam, wykorzystać możliwość zrealizowania ciekawej serii i zmierzyć się, z szokiem jakiego wtedy doznałam i wrócić w tamto miejsce. Po długim czasie milczenia, ze strony profesora podczas korekty, otrzymałam wyróżnienie. Byłam bardzo zaskoczona, ale i dumna z tego co udało mi się zrobić. Byłby to jedne z pierwszych poważnych zdjęć po długiej przerwie, kiedy spędziłam cały dzień, fotografując. 

Czy szeroki dostęp do sprzętu fotograficznego i możliwości zdobywania wiedzy ma wpływ na jakość zdjęć?

Uważam, że to nie sprzęt definiuje fotografię, ponieważ kiedy pojawiła się fotografia, zapowiadano śmierć malarstwa, fotografia cyfrowa i kolorowe zdjęcia wzbudziły obawy związane z upadkiem prawdziwego kunsztu fotograficznego…

Teraz mamy telefony, umożliwiające szybki zapis wysokiej jakości obrazu niemalże w każdym momencie. Zawsze, kiedy pojawia się coś nowego, są przeciwnicy i zwolennicy. Osobiście jestem zwolenniczką nowych rozwiązań i poznawania ich możliwości, to bardzo ciekawy i rozwijający proces. Potrafię wykonać zdjęcia starą smieną i wywołać je, fotografować cyfrówką, tak samo korzystam z możliwości telefonu. Uważam, że każda z tych opcji ma pewne ograniczenia, ale ich znajomość pozwala nam lepiej korzystać z dostępnych możliwości.

Wiadomo, że nie będę fotografować telefonem komórkowym meczu i starać się dorównać dziennikarzom pracującym na specjalistycznych obiektywach. Mogę co najwyżej obserwować szereg emocji ludzi na trybunach, ich smutek, radość, euforię i zapisywać je w formie zdjęć. 

Już niejednokrotnie udowodniłam, że narzędzie często nie wpływa na ostateczną jakość zdjęcia. Robiąc warsztaty lub po prostu przeglądając swoje fotografie ze znajomymi, robię wydruki zdjęć zrobionych aparatem cyfrowym oraz telefonem komórkowym. Powiem szczerze, że jeśli zdjęcie jest dobrze wydrukowane i po prostu dobrze zrobione, to nie ma różnicy, czym zostało wykonane. 

Oczywiście sprzęt może bardzo pomóc, natomiast możemy robić świetne zdjęcia zarówno analogiem, cyfrówką i telefonem, jeśli tylko znamy ich ograniczenia i możliwości. 

Jaki mają nowe technologie na wrażliwość młodych ludzi?

Wydaje mi się, że zawsze będzie pewna proporcjonalna liczba osób bardziej wrażliwych. Uważam jednak, że gdybyśmy szczególnie w naszym kraju przykładali się więcej, do jakichkolwiek przedmiotów artystycznych, możliwości do rozwijania wrażliwości na otoczenie byłoby znacznie więcej. Kiedy chodziłam do podstawówki, miałam zajęcia zarówno z plastyki i techniki. Teraz mój syn miał tylko jedną godzinę plastyki, przez pół roku muzykę. Poza tym żadnych innych przedmiotów artystycznych. Jeżeli dalej tak będzie i dzieciaki będą pozbawione tego typu zajęć, to ich wrażliwość na otoczenie będzie coraz mniejsza. W muzeach i galeriach sztuki często możemy spotkać się z sytuacją, kiedy młodzi ludzie siedzą na kanapach wpatrzeni w ekrany swoich telefonów, zamiast obcować z dziełem. 

Codziennie powstają miliony zdjęć, przyzwyczajamy się do dużej ilości obrazów i bodźców. Uważam, że ta ilość dobrych fotografii jest zawsze mniej więcej taka sama, ponieważ jest to uzależnione przede wszystkim od tego, jak ktoś patrzy na świat, a każdy z nas odbiera go w nieco odmienny sposób. 

Prowadzę sporo warsztatów fotograficznych. Uwielbiam przede wszystkim te z dziećmi. Pamiętam cykl zajęć w Warszawie, pięć tematów wraz z zajęciami z kompozycji i interpretacją prac. Dzieci robiły zdjęcia tego, co im się podobało, nie zwracały uwagi na szczegóły na żadną kompozycję np. na to, że woda z jeziora nie powinna się wylewać, na to, że coś jest krzywe czy ucięte. Z każdymi kolejnymi zajęciami powstawały coraz lepsze zdjęcia i przepiękne kompozycje. Uważam więc, że gdyby było więcej możliwości wskazania kierunku rozwoju i zwrócenia uwagi na jakość obrazów, w całej naszej przestrzeni byłoby znacznie lepiej
Zawsze kiedy fotografuję, przypominają mi się wskazówki dziadka. Gestem pokazywał, w jaki sposób kadrować, tłumaczył, że to jak wycinanie obrazu z rzeczywistości i zwracał uwagę na to, aby zdjęcie było harmonijne. Do dziś patrzę na świat obrazami. Jeśli coś mi się bardzo podoba, to chcę to zatrzymać.

Teraz telefon daje mi taką możliwość, mogę go wyciągnąć w każdej chwili, nie peszę nikogo dużym aparatem. Dzięki niemu mogę stać się anonimowa, nie zwracam uwagi, a to pozwala mi uchwycić sytuacje, które wyglądałyby zupełnie inaczej i niosły inny przekaz gdybym wcześniej zapytała, czy mogę zrobić zdjęcie. W Polsce mamy prawo, że możemy zrobić zdjęcie każdemu, ale nie można go opublikować bez zgody. Mam taką indywidualną zasadę, że zawsze, kiedy uchwycę jakąś sytuację lub ciekawy kadr pytam bohatera zdjęcia o możliwość publikacji, jeśli się nie zgadza, po prostu kasuję zdjęcie przy nim, bo nie chce mieć problemów.

Najczęściej fotografujesz naturalne środowisko, z czego to wynika?

Myślę, że to pozostałość z dzieciństwa z dziadkiem. Urodziłam się i mieszkałam na Śląsku, gdzie było szaro, buro i brzydko. Pochodzę z miejscowości, w której około trzydzieści procent mieszkańców wyjechało do Niemiec, po paru latach przyjeżdżali na wakacje i mówili „Boże jak tu u Was brudno, jakby jakaś bomba wpadła”. Rzeczywiście Śląsk kiedyś dokładnie tak wyglądał. Na zaniedbanych podwórkach unosił się taki specyficzny srebrzysty nalot, zwłaszcza w pobliżu fabryki farb nieopodal naszego domu. Wyjazdy na wakacje do dziadka były jak wycieczka do raju. Całymi dniami włóczyliśmy się po lesie, zbierając jagody, grzyby i zioła. Na pobliskich stawach pływaliśmy kajakami. Kiedy wstawałam rano i wychodziłam na taras, wokoło miałam las, oświetlony porannym słońcem, ciszę i poczucie absolutnego spokoju. To wspomnienie sprawia, że do dziś ciągnie mnie do przyrody. Oczywiście fotografuję również przestrzeń miejską, ale zdecydowanie lepiej czuję się w naturalnych obrazach.

Co mogą robić twórcy, aby chronić środowisko naturalne?

Jako artyści możemy pomóc przede wszystkim poprzez zwiększanie świadomości naszych odbiorców i nagłaśnianie problemów. Temat ziołolecznictwa, który podjęłam w jednej z moich prac, wynikał z potrzeby zachowania pamięci o bezcennej wartości wiedzy o naturze i jej właściwościach. Jako dziecko byłam leczona ziołami i do teraz staram się nimi posiłkować. Mam sporo książek na ich temat, a informacji staram się też szukać na różnych wydarzeniach promujących zdrowy tryb życia. Podczas jednego z nich profesor Różański prowadził wykład, w którym wspomniał to tym, że Unia Europejska planuje zakazać ziołolecznictwa. Bardzo mnie to zaskoczyło i zaczęłam szukać informacji w tym zakresie i znajdować różne sprzeczne opinie. Nie było to jakieś śledztwo przeciwko komuś, lecz próba zorientowania się jak to w ogóle wygląda. Na różnych festiwalach można spotkać osoby, które wynajmują powierzchnię i siadają z karteczką informującą, że wyleczą z każdej choroby, nawet raka, wróżki wypędzające złe duchy, ale też osoby, które naprawdę świetnie znają się na ziołolecznictwie. Jedną z nich był Józef Zych z Miedźnej koło Częstochowy, którego spotkałam na festiwalu Bliżej zdrowia, bliżej natury, gdzie jeżdżę po miód, który uwielbiam. To z nim przeprowadziłam jeden z wywiadów do swojej książki. 
Zaczęliśmy wracać do natury i rzeczywiście jest teraz moda na organiczne produkty. Zaczęły się powroty do naturalnych receptur i wzrosła liczba firm produkujących organiczne kosmetyki i ziołowe mieszanki.

Kiedyś zachłysnęliśmy się zachodem, po czasach komunistycznych zaczęły do nas przychodzić kolorowe, pachnące mydełka, szampony i kosmetyki. Potem okazało się, że jest w nich sporo chemii, bardzo szkodliwej nie tylko dla środowiska, ale i dla nas. 

W swojej książce pisałam, ile sklepów zielarskich, było kiedyś w samych Katowicach… Teraz została zaledwie jedna dziesiąta. Ludzie przestali się interesować się tym, co naturalne i tradycyjne. 

Realizując swój projekt, rozmawiałam z ludźmi na Podlasiu, wspominali czasy, kiedy całe wsie były zaangażowane w zbiory ziół, które były skupowane raz w tygodniu. Podobno kolejki ludzi stały z pełnymi koszami. Właściciel z jednej firm handlującej ziołami z Podlasia powiedział, że coraz mniej osób zajmuje się zbieractwem ziół. Dużo ludzi ucieka do miasta lub zagranicę. Młodzi ludzie wyjeżdżają, bo nie widzą tam żadnych perspektyw, nie chcą się tego uczyć, bo mają świadomość, że za kilogram suszonych chabrów dostaną nie więcej niż czterdzieści złotych, to ponad dwa tygodnie zbiorów i troska w procesie suszenia i transportu. Są wsie, gdzie najmłodsza osoba ma już ponad sześćdziesiąt lat. Mieszkałam u niej podczas realizacji mojego projektu. Zbierają więc głównie starsze osoby, pomimo że to cholernie ciężka i bardzo słabo płatna praca.

Tendencja opuszczania miast i przenoszenia się na tereny wiejskie staje się coraz bardziej powszechna, czy to znaczy, że powoli wracamy do natury?

Uważam, że te powroty są skutkiem tego, że uświadomiliśmy sobie, że nie wszystko, co nowe jest lepsze. Pojawiły się nowe trendy wykorzystujące tę świadomość, o czym świadczą liczne hasła marketingowe świadczące o regionalnym lub ekologicznym pochodzeniu produktów. Myślę, że dopóki jest to fakt, to taka moda powinna utrzymywać się jak najdłużej. Żałuję, bo projekt Dzikie oregano mógł być zrealizowany jakieś piętnaście lat temu, kiedy żyło więcej osób bardzo związanych z ziołolecznictwem w Polsce. Ojciec Klimuszko, profesor Ożarowski, ojciec Grzegorz Sroka i wiele innych posiadających ogromną wiedzę wynikającą z przekazywania informacji i doświadczeń z pokolenia na pokolenie, często bez żadnych zapisków i publikacji.

Cieszę się, że ludzie zaczęli wracać do natury, interesować się nią, bo rzeczywiście produkowaliśmy i nadal produkujemy ogromną ilość chemii. Mieszkanie można przecież posprzątać za pomocą sody oczyszczonej i olejków eterycznych, nie zatruwając siebie i nie zanieczyszczając kolejnych elementów środowiska. My artyści powinniśmy o tym mówić i zwracać uwagę na kwestie dotyczące poszanowania natury, ekologii i pozytywnych zachowań wobec niej. Oczywiście istnieje szereg akcji dotyczących choćby segregowania śmieci. W domach mamy po kilka koszy, dzieci w szkołach mają specjalne szkolenia w zakresie segregacji… Jednak nadal produkujemy ogrom odpadów. 

Musimy zmienić nasze nawyki, bo nasza motywacja i edukacja w tym zakresie szwankuje. Należy zaczynać od małych rzeczy, a sztuka zawsze była nośnikiem małych i wielkich idei trafiających do ogółu. Warto pokazywać, że liczy się każdy gest, bo mała kropla czyni ocean. Gdyby każdy z nas, choć odrobinę się postarał, byłoby zupełnie inaczej.

Wiem, że czasami to bardzo trudne, zwłaszcza patrząc na Azję, nawet gdybyśmy wszyscy w Europie zmienili nasze nawyki, nie damy rady zmienić świata, biorąc pod uwagę, co tam się dzieje. Jeżeli tam się nic nie zmieni, może być po prostu za późno.

Dokąd Ty wracasz?

Często wracam do wspomnień z dzieciństwa, czasu, który spędzałam na leśnych spacerach z dziadkiem. Wstawaliśmy bardzo wcześnie, chodziliśmy obserwować łosie kąpiące się w stawie i przepiękne wschody słońca. Do teraz to jakby taka klatka, obraz, którego nie chcę i nie potrafię wymazać z pamięci. Nie zawsze zabieraliśmy ze sobą aparat, ale obrazy, które uchwyciłam bez niego, nadal są ze mną. Zimą w czasie ferii odbywały się kuligi, kiedy w mrozie cały las mienił się, jakby był z kryształu. Chciałabym czasami wrócić do tego czasu beztroski i poczucia jedności z naturą. 

Mieszkając w przemysłowej dzielnicy Katowic, gdzie było szaro i brudno, kilkanaście dni spędzonych u dziadków było podróżą do innego świata, w którym nawet powietrze inaczej pachniało. 
Jako dziecko należałam również do PTTK i zdobywałam szczyty Beskidów. To również takie wspomnienie, do którego często wracam, do tego poczucia bycia gdzieś ponad tym co zwykłe i przyziemne. 

Myślę, że takie powroty do dzieciństwa i potrzeba zwrócenia uwagi na to, że pewne rzeczy znikają, a my coraz częściej nie dbamy o to, co zostawimy dla potomności.  

Mieliśmy osoby, które zajmowały się ziołolecznictwem, jednak nasze zainteresowanie nowoczesną technologią, rozwijającym się przemysłem chemicznym i farmacją sprawiły, że bezcenna wiedza i tradycja praktycznie zniknęły bezpowrotnie. Chciałam zwrócić na to uwagę. 

Do teraz nie jestem w stanie sobie wybaczyć historii, która wydarzyła się u sióstr służebniczek. 
Kiedyś nie było tyle przychodni, ludzie niemalże wszędzie zajmowali się ziołolecznictwem, nie było łatwego dostępu do lekarzy lub było to po prostu bardzo drogie. 
Siostry służebniczki prowadziły ośrodki dla dzieci i sierot, musiały mieć wiedzę co zrobić, kiedy dzieje się coś złego i jak im pomóc. Uczyły, wychowywały, jak również leczyły, wykorzystując często ludową wiedzę. W zakonach jest tak, że starszej siostrze przydziela się drugą, która uczy się przydzielonych im zadań. W pewnym momencie siostry stwierdziły, że jest tyle lekarzy i przychodni, że postanowiły nie przydzielać uczennicy siostrom, które zajmowały się ziołolecznictwem. Bardzo długo starałam się o zgodę przełożonej jednej z takich sióstr. Była to dziewięćdziesięcioparoletnia kobieta, która od czasu młodości leczy za pomocą wyłącznie naturalnych mieszanek. Umówiłam się na konkretną godzinę, zrobiłam wywiady w przychodni, rozmawiałam z panią, która od siódmego roku życia leczy się u niej. Przyjmowała w takiej jakby piwnicy i miała takie stare szafki, jakie kiedyś można było spotkać w bibliotekach. Miała swoje własne mieszanki i stos zapisanych na maszynie kartek. Kiedy weszłam do gabinetu, na początku myślała, że przyszłam po poradę zdrowotną. Wystraszyła się, kiedy wyciągnęłam aparat i powiedziała, że jest tylko skromną siostrą i absolutnie nie wyraża zgody na wywiad. 
Były jeszcze trzy takie siostry, ale ze względu na ich sędziwy wiek i problemy zdrowotne nie miałam możliwości się z nimi spotkać. Kilku bohaterów mojego projektu Dzikie Oregano już nie żyje, praktycznie w ostatnim momencie udało mi się z nimi porozmawiać i zrobić zdjęcia. 

Mamy tak szeroki dostęp do informacji, a nie potrafimy zachować tych historii, które są tuż obok nas. Takie osoby to kopalnie wiedzy, inspiracji, historie na książki chodzące po ziemi. 

Jeden z wywiadów przeprowadziłam z pewnym góralem, który fachu uczył się od swojej babci i była to wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. Mówił gwarą i stosował zupełnie inne nazewnictwo roślin niż to, które do tej pory słyszałam. Oprócz wiedzy związanej z ziołami zajmuje się też opowiadaniem historii i ludowych podań. Wielu z tych mitów i baśni opowiadanych przy ogniskach już nikt nie pamięta, nie zostały też spisane. Szeptucha to też jedna z moich bohaterek. Starsza kobieta mieszkająca w sercu Bieszczad, która jest znana nawet wśród personelu lokalnych szpitali. Stosując len palony w odpowiedniej temperaturze, leczy ludzi z róży, czyli paciorkowca. Naukowcy odkryli, że len ma świetne właściwości odkażające i opatrunki wykonane właśnie z tego materiału bardzo dobrze sprawdzają się w przypadku wrzodziejących ran, ona wiedziała to już dawno, ucząc się od swojej matki i babki.
Lekarze często wysyłali do niej pacjentów, a jeden ze szpitali zaproponował stałą współpracę. Raz zabrali ją nawet do Niemiec. Lot samolotem i życie w mieście było szokiem dla kobiety, która całe życie mieszkała w spokojnym i cichym miejscu, więc po powrocie sama zdecydowała, że już nigdy więcej. 

Niestety żadne z jej dzieci nie było zainteresowane kontynuacją tej tradycji więc najprawdopodobniej również i ta metoda stosowana przez nią zostanie zapomniana. Gdybym szukała dalej, z pewnością znalazłabym jeszcze więcej takich osób, często dowiadywałam się o nich od swoich bohaterów. Najsmutniejsze były dla mnie momenty, kiedy dowiadywałam się, że ktoś już nie żyje i nikt zupełnie nikt nie przejął, nie zapisał jego wiedzy i historii. 

Co dla ciebie oznacza naturalny?

Kształtuje nas całe nasze życie, sytuacje, osoby, które spotykamy, są rodzajem błogosławieństwa. Możliwość spotkania, rozmowy czy przeżycia danej sytuacji to szczęście i budujące doświadczenie. Uważam, że nawet osoby, które negatywnie na nas wpłynęły, też są błogosławieństwem, stanowią w pewien sposób ważną lekcję, z której możemy wyciągnąć wartościowe wnioski. Całe życie buduje to, w jaki sposób myślimy i działamy, autentycznie, w zgodzie ze sobą, to jest dla mnie naturalność. 
Wychowałam się w środowisku, gdzie człowiek był tylko i wyłącznie dodatkiem. Dzikim ogrodzie i lesie, w którym czułam się gościem. Dziadek uczył mnie szacunku do swojego otoczenia, tego, że warto obserwować, słuchać dźwięków lasu, a kiedy chodzi się na grzyby zostawiać grzybnie, żeby mogły wyrosnąć kolejne. Pływaliśmy w stawie, a babcia przygotowała nam jagody na obiad. Pachnące polne kwiaty, gołębie pradziadka, które wypuszczaliśmy na loty, króliki z miłym futerkiem, smak jabłek i gruszek z sadu oraz warzyw z ogródka, to jest naturalność. To był czas autentycznej beztroski. Dopiero później dowiedziałam się, że te kwiaty rosnące w ogrodzie to nie były mlecze, a mniszki lekarskie. 

Naturalność jest dla mnie również czymś nieprzetworzonym przez człowieka. My jesteśmy gośćmi, a często czujemy się jak właściciele i staramy się podporządkować rzeczywistość, by było nam lepiej… Choć tak naprawdę taki stan osiągamy najszybciej w momencie, kiedy sami dostosujemy się do rytmu natury i będziemy starali się zrozumieć główne zasady, jakimi się ona kieruje. 

Wstajemy wcześnie rano, bo budzi nas słońce, idziemy spać, bo jest ciemno… Tak było zawsze.

Elektryczność sprawiła, że ludzie chodzą spać o różnych porach, są miejsca, gdzie w szkołach trzeba montować specjalne ekrany, emitujące światło słoneczne, ponieważ dzieci zaczynają mieć liczne problemy zdrowotne, od wzroku począwszy. Spędzanie czasu na podwórku w świetle dziennym, ma ogromny wpływ na to, w jaki sposób funkcjonujemy i jak rozwijają się nasze dzieci. Coraz to nowsze gadżety mające usprawnić nasze życie powoli odbierają nam kontakt z naturą i powodują liczne problemy ze zdrowiem i sposobem budowania relacji. Mam tu na myśli wszelkie urządzenia komunikacyjne, komputery, telefony itp. Należy używać ich po prostu świadomie i z rozwagą.

Jak wyobrażasz sobie świat za kilkadziesiąt lat?

Tak jak wspominałam wcześniej, jesteśmy tylko małą kroplą, a problemy są globalne. Mam jednak nadzieję, że będzie dobrze, każdy z nas zna fakty i myśli o tym co robić, naukowcy, artyści, znajomi z najbliższego środowiska. Coraz częściej słyszę o nowych innowacyjnych wynalazkach: naczyniach produkowanych z otrębów, opakowaniach zawierających nasiona ziół, czy innych ekologicznych surowcach, to mnie zwyczajnie uspokaja.

Artyści i naukowcy starają się robić, co tylko się da, wiele się o tym mówi i piszę, więc mam nadzieję, że tego typu projektów będzie coraz więcej, a pozostali ludzie przejdą od myślenia o tym do realnego działania. Nie dajmy się jednak zwariować, każdemu z nas zdarza się grzeszyć i w pośpiechu kupić kawę w ekologicznym kubku z plastikowym wieczkiem. Działanie zaczyna się od małych kroków i to one wydają mi się najbardziej znaczące. 

Jeśli jako konsumenci dostajemy coraz ciekawsze propozycje ekologicznych rozwiązań i sposobów działania, wzrasta nasze zaangażowanie i poczucie odpowiedzialności. 

Trend jest zauważalny wśród firm odzieżowych, które coraz częściej produkują przedmioty z materiałów pozyskanych z recyklingu lub zamieniają je na naturalne. Chciałabym być pewna, że to nie jest jedynie kwestia marketingu i chwilowej mody.

Można spotkać się z informacjami o spadku zainteresowania szybką modą i coraz większą popularnością przedmiotów z drugiej ręki wśród młodych ludzi, niewynikającym z problemów finansowych, a właśnie z poczucia odpowiedzialności za środowisko. Sama od dziewiętnastego roku życia staram się znajdować modowe perełki głównie w ciucholandach. Dziewięćdziesiąt procent mojej garderoby pochodzi z drugiej ręki. Na początku wynikało to głównie z ograniczonego budżetu, jako że studiując dziennie i pracując, musiałam zwracać większą uwagę na zarządzanie finansami. Można było za parę groszy kupić świetnej jakości ubrania, teraz zaczęło być to po prostu modne. Moda jest modą, a moda przemija. Mam przeczucie, że zmienia się już świadomość ludzi i to napawa mnie optymizmem, kiedy myślę o przyszłości. 

Co jest dla Ciebie najbardziej interesujące w przyrodzie?

Natura sama stworzyła coś, co było genialne, a my ludzie stwierdziliśmy, że będziemy od niej lepsi, zapominając o źródle naszych dokonań.Zamiast sięgać po kolejną tabletkę aspiryny, możemy sięgnąć po korę wierzby i działa ona o wiele lepiej, bo chemicy, którzy stworzył aspirynę, wiedzieli, że od lat zielarze leczą ludzi właśnie wywarem z niej. Kora wierzby jest delikatniejsza niż kwas acetylosalicylowy, działa wolniej i lepiej się wchłania, to bardzo ważne dla osób, które mają np. problemy z żołądkiem. Coraz częściej szukamy i oczekujemy natychmiastowych rozwiązań. Warto czasami poszukać oczywistych, a coraz częściej zapomnianych rozwiązań. Te poszukiwania są dla mnie fascynujące. 

Farmacja jest jedną z najlepiej zarabiających branż na świecie. Kwoty, jakie ludzie wydają na leki, które nierzadko pustoszą nasz organizm i system odpornościowy są niebotyczne, nie mając pojęcia, że naturalne rozwiązania mają tuż obok siebie. 
W przypadku problemów można się wspierać sposobem, w jaki się odżywiamy lub właśnie odpowiednio dobraną mieszanką ziół skonsultowaną z lekarzem. 

Jeden z zielarzy tłumaczył mi to kiedyś w taki sposób, że kiedy jest się już chorym np. jeżeli jest to choroba genetyczna, czy ma się do niej jakieś predyspozycje, to jest tak, jakby nas zamknęli w pokoju bez klamek i okien. Nie damy rady z niego wyjść, ale możemy sobie uprzyjemnić to życie, wstawiając wygodny fotel, budując basen itd. 

Lecząc się ziołami, możemy sobie właśnie w taki sposób „uprzyjemnić i ułatwić życie”. To nauka cierpliwości i niejako pokory, należy dbać o systematyczność oraz jakość produktów, które stosujemy. Proces przygotowania może trwać nawet kilka godzin, a znajomość różnicy pomiędzy odwarem a wywarem jest bardzo znacząca. Zioła mają też często szereg dodatkowych właściwości zdrowotnych, dlatego zawsze radzę, żeby skonsultować się z lekarzem, który doradzi nam odpowiednie zioła – musimy pamiętać, że to również leki, które trzeba odpowiednio dobrać. Nie zalecałabym leczenia na własną rękę, korzystając z blogów czy informacji zawartych na opakowaniach. Wiele ziół może wpływać na przykład na działanie leków (wzmacniając lub osłabiając ich działanie), które akurat stosujemy więc zanim rozpoczniemy kurację, warto to sprawdzić u osoby kompetentnej.
Styczeń to dla mnie koszmarny miesiąc, mało światła, wszystko wydaje się jakieś takie bez sensu. Jeszcze do tego koniec roku to często trudny okres…  Na taką moją depresję zimową robię sobie np. nalewkę – miksturę przeciwdepresyjną, w skład której wchodzi między innymi ziele wrotyczu – przepis na nią znalazłam na stronie o fitoterapii dr.Różańskiego. Jest bardzo gorzka, obrzydliwa, ale ma działanie antydepresyjne i nazywa się rozweselająca. Robi się ją bardzo prosto, zebrany kwiat wrotyczu zalewamy spirytusem i co parę dni potrząsamy naczynie, kiedy będzie gotowa, odcedzamy przez gazę płyn. Dodajemy do tego nalewkę z dziurawca, miłorzębu oraz arnikową, oraz Cardiol C. Płyny mieszamy i zażywamy po 10 ml trzy razy dziennie. Należy oczywiście zachować wszelkie środki ostrożności i przeciwwskazania, bo podobno może uzależniać, a sam wrotycz jest halucynogenny, więc niewątpliwie trzeba uważać i oczywiście zasięgnąć opinii fachowca czy możemy stosować taką miksturę – jeszcze raz powtórzę, zioła są lekami i nie należy leczyć się nimi na własną rękę.