Przestrzeń pozostawia masę miejsca do opowiadania historii, ale też do zastanowienia

Kiedy pojawiła się myśl, że zostaniesz artystą i to będzie Twoja droga?

Tak wyszło. Nie miałem sprecyzowanych planów, nie byłem w żadnym liceum plastycznym. Pierwsze studia, na jakie poszedłem to była filozofia i ogólnie, wszystko toczyło się dość dziwnie.

Najpierw trafiłem do Częstochowy na Akademię Jana Długosza, są tam różne kierunki plastyczne, więc posiedziałem tam trochę, tak na rozruch. Potem dostałem się na Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach.

W międzyczasie uświadomiłem sobie, że bardzo lubię rysować, że sprawia mi to dużą przyjemność i to jest coś, czego się chce trzymać. Później do tego rysowania zaczęły dochodzić kolejne rzeczy.

Zanim pomyślałem, żeby zająć się rysowaniem na serio, to kleiłem sobie pierwsze dźwięki w oprogramowaniu, będąc jeszcze na filozofii.

Nie jestem przywiązany do określenia artysta, bardziej rysownik i człowiek od smutnej elektronicznej muzyki. To są takie określenia, którymi mógłbym się określać, a najbardziej to przede wszystkim psiarz. Psy są dla mnie bardzo ważne. Mój Tofuś był psiakiem starszej pani, która zmarła. Jej wnuczki oddały go do schroniska i tak trafił do nas. W ogłoszeniu ktoś twierdził, że lubi się dużo ruszać, a tak naprawdę jest strasznym kanapowcem i ciężko przed dwunastą wyciągnąć go na spacer, choć to właśnie on, jest naszą największą motywacją do wychodzenia.

Co sprawia, że zaczynasz kolejny projekt?

To w zasadzie wygląda tak, że idę sobie gdzieś na spacer i przychodzi mi do głowy, żeby coś zrobić, to moja naturalna metoda reagowania na otoczenie. Ostatnio, odkryłem, że w Krakowie na rogach ulic są takie metalowe budki z kablami. Pewnie jak trzeba wyłączyć prąd w dzielnicy, to ktoś przyjeżdża i wyłącza. Rzecz w tym, że te budki są często bardzo zardzewiałe od dołu. Czasami można spotkać też budynki, którym na rogach brakuje kilku cegieł lub są nieco ukruszone.

Razem z kolegą doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie to efekt regularnego podsikiwania przez psy.
Tak zaczęła rozwijać się historia wojny psów z miastem, rozumianym jako pewien organizm i zwierzętami, jako agentami obcego porządku, bądź nieporządku, którzy sukcesywnie podsikując wszystko, niszczą powoli struktury miejskie. Wymyśliłem sobie tę teorię i pomyślałam, że zrobię z tego słuchowisko. Później zacząłem filmować, takie dziwne uszkodzenia na wysokości, do której piesek potrafi podnieść łapkę. Pomyślałem, że zrobię z tego taki mroczny projekt, pobawię się tą formą, której używałem kiedyś. Narrator, badacz opowiadający historię, a w międzyczasie zdjęcia kolejnych zniszczeń i obiektów pojawiające się w przestrzeni… Jeszcze tego nie spisałem, ale mam nadzieję, że się uda.

Jest to więc głównie obserwacja otoczenia, zapamiętywanie i reinterpretacja różnych historii, które mi się przydarzają, obserwacja przyrody i sposobów, w jakie ona działa. Wydaje mi się, że to jest taka metoda, przerabiania wszystkiego, na co się natknę, na jakąś mniej lub bardziej osobliwą opowieść, narrację.
W przyrodzie zawsze fascynowała mnie jej umiejętność pochłaniania przestrzeni. Jeżeli zaczniemy budować dom i ten dom zostanie porzucony, po jakimś czasie po wejściu do takiego opuszczonego miejsca odkryjemy, że z podłogi wyrasta jakieś drzewo, pojawiają się inne rośliny, mchy, porosty… To jest fascynujące.

W myśleniu i reinterpretowaniu pewnych rzeczy jest mi bliżej do świata literatury niż świata sztuk wizualnych.
Nie chodzi o czytanie konkretnych rzeczy, ale zastanawianie się nad rzeczywistością w sposób podobny pisarzom np. nurtu realizmu magicznego, którzy potrafią wyjść od opisu konkretnej zwyczajnej rzeczywistości, a następnie stopniowo to przetwarzać, poszerzać i zmieniać. Zainteresowanie tą dziedziną sprawiło, że interpretuję różne elementy rzeczywistości i myślę w podobnych kategoriach

Projekty opowiadają różne historie, jednak tym, co je łączy są bardzo intrygujące tytuły. Skąd bierzesz pomysły?

Tytuły są pokłosiem historii, które są zawarte w pracach. To, co łączy te rzeczy, to rodzaj skłonności do pewnych form narracyjnych.

Historia rury to nie jest historia rury, to tak naprawdę historia zmyślonego artysty. Na trzecim roku studiów zapisałem się do pracowni Andrzeja Tobisa, świetnego artysty i pedagoga. Przychodziłem do niego z różnymi pomysłami, jedne się podobały inne mniej. Wspólnie doszliśmy do wniosku, żebym spróbował zrobić pracę, która będzie pracą nienależącą do mnie tylko do jakiegoś innego zmyślonego artysty. Ten aspekt zmyślenia jest tutaj istotny.

Faktycznie wymyśliłem sobie obiekt i całą historię o młodym artyście, któremu wiele lat wcześniej pewna osoba złamała serce. On, żeby się zemścić, co nie do końca było jasne czy chodzi o zemstę, czy o możliwość zaimponowania tej osobie, postanawia zostać najlepszym artystą w swoim kraju. Rzeczywiście dopiął swego, ale dążąc do celu, zrobił mnóstwo haniebnych rzeczy, co ostatecznie się na nim zemściło. Tym samym historia bardzo źle się kończy. Artysta zginął od rury, która wypadła z jego własnej pracy. Praca była białą zwyczajną, nic nieprzedstawiającą rurą, nawiązaniem do hermetyczności sztuki współczesnej. Obiekt, który na pierwsze wrażenie wydaje się nic nieznaczącą rzeczą, ot niepozorny kawałek wiszącej z sufitu białej rury, która z jednej strony jest płaska, a z drugiej ścięta pod kątem. W środku był ukryty głośniczek, z którego było słychać dochodzący z wewnątrz głos. Rura opowiadała swoją historię. Ścięcie służyło temu, żeby można było przyłożyć rurę do ucha i wysłuchać historii.
Czarna plaża to tytuł kilku moich prac. W tym przypadku to właśnie tytuł powstał pierwsze, będąc jednocześnie inspiracją. Wzięło się to stąd, że mieszkając jeszcze w Katowicach, spotykałem się z pewną dziewczyną.

Jak się poznawaliśmy, byłem wobec niej bardzo podejrzliwy i nie wiedziałem, czy chcę angażować się w ten związek. Pomimo że znaliśmy się bardzo krótko, bardzo dużo się kłóciliśmy, czego powodem był rodzaj niepewności i ostrożności. Paradoksalnie, kłótnie nas do siebie zbliżały, ale któregoś dnia o coś znowu się pokłóciliśmy i  pisaliśmy do siebie sms-y.

Ja byłem totalnie nastroszony, a ona starała się załagodzić sprawę i napisała mi w końcu, że mam „czarną plazmę zamiast serca” ja to źle przeczytałem, że mam „czarną plażę zamiast serca”… Pomyślałem sobie, kurczę to jest niezłe określenie. Ten moment spowodował totalne odwrócenie dynamiki tej kłótni. Sformułowanie tak bardzo mi się spodobało i tak bardzo się na nim skupiłem, że w końcu zaczęliśmy rozmawiać o nim samym. Potem weszło na stałe do naszego słownika. Pomyślałem, że to jest kawałek powstałej zupełnie przypadkowo, ciekawej poezji i stwierdziłem, że dookoła tego mogę zbudować kilka interesujących rzeczy. Zbitka słów będąca wspaniałą metaforą, za pomocą której można wiele opisać; pewien stan ducha, który mnie wtedy dotyczył, niepokój, braku zaufania, chęć izolacji itd. Przypadkowe, abstrakcyjne nazwanie stanu stało się drogowskazem dla dalszej twórczości. Wtedy powstała jedna z pierwszych realizacji podchodzących pod rzeźbę, powstał utwór, później autorski wideoklip, który wyreżyserował mój przyjaciel, był też rysunek…

Korzystasz z różnych mediów; muzyka, rysunek, instalacja, które z nich jest Ci najbliższe?

Zasadniczo to nie jest tak, że mam hierarchię tych mediów, które jest mi bliższe, które lubię bardziej, które lubię mniej. Wszystko zależy od tego, co danym momencie chcę osiągnąć czy opowiedzieć. Widząc, że muzyka sprawdza się w czymś dużo lepiej, to po prostu sięgam po muzykę.

Pochodzisz z Żytna, to wioska, pola, lasy, naturalne przestrzenie.

To wieś otoczona w dużej mierze lasami, które ciągną się kilometrami. Są też bagna, porośnięte krzakami i łąki.

Czy dorastanie w takim środowisku miało wpływ na to, kim teraz jesteś?

Myślę, że zdecydowanie tak. Zazwyczaj pytany o to mówię, że tego rodzaju otoczenie jest wspaniałe, żeby snuć w nim różne historie, zmyślać sobie co czai się za jakąś kępą drzew.

Postawa mojego ojca, który kiedy byłem dzieckiem, lubił opowiadać o różnych dziwnych rzeczach, na które można się natknąć w lesie, była czymś, co miało na mnie bardzo duży wpływ. Konsekwentnie przez wiele lat utrzymywał, że na podwórku spotyka krasnoludki, nigdy temu nie zaprzeczając. Wymyślał dużo dziwniejsze rzeczy o różnych nawiedzonych miejscach, które tak naprawdę istniały tylko w jego wyobraźni.
Myślę, że wynikało to z oddziaływania otoczenia. Wieś jest otoczona lasami i panuje tam specyficzna atmosfera tajemniczości.

Ważnym elementem mojej edukacji było to, że mama czytała mi sporo różnych książek. Aspekt literackiej narracji był istotny i wpłynął na mnie tak samo, jak estetyka dobrych, średniodobrych, złych, bardzo złych filmów science fiction oraz horrorów, których wielkim fanem był mój ojciec. Tata interesował się też sztuką, dlatego mieliśmy w domu albumy Boscha, Bruegela i wielu innych artystów, które również bardzo mnie fascynowały. Obraz z bardzo dużą ilością różnych postaci, zwłaszcza jeżeli to są jakieś dziwne stwory jak u Boscha czy kościotrupy jak u Bruegela, działają na wyobraźnię dziecka. Wszystko to razem, bardzo mocno kształtowało moją skłonność do posługiwania się wyobraźnią.

Skąd wziął się Twój pseudonim?

Pseudonimów, pod którymi zajmowałem się muzyką, było kilka, do jednych byłem przywiązany bardziej, do innych w ogóle. Mchy i porosty wzięły się z zupełnie przypadkowej sytuacji, kiedy przeglądałem forum internetowe i znalazłem miejsce, gdzie ludzie dzielili się zdjęciami różnych organizmów; grzybów, paprotek, mchów i porostów. Fascynacja tych ludzi bardzo mi się spodobała. Padały tam takie sformułowania jak „łaaał to zdjęcie przedstawia naprawdę dobrze rozwiniętą plechę”. Mchy i porosty to była nazwa jednego konkretnego działu na tym forum, więc wbrew pozorom została zaczerpnięta z internetu.
Formy biologiczne, takie jak na przykład chrobotek, porost wyglądający jak zielone trąbki wyrastające z rozmaitych podłoży, na których się rozplenia, przypominały mi estetykę, którą kojarzyłem z filmów science fiction, gdzie scenografia przypomina powiększone struktury porostów i różnych innych roślin znalezionych w lesie.

Czego ludzie szukają na wsi, w lesie, w naturalnym środowisku?

Widzę tutaj dwie rzeczy. Jeśli czegoś szukają to na pewno spokoju i ciszy.

Druga sprawa jest taka, że mimo wszystko uciekanie na wieś nie jest do końca takie proste. W języku polskim słowo wieśniak dalej jest określeniem pejoratywnym. Kiedyś zacząłem przepytywać moich znajomych, którzy pochodzą z różnych małych miejscowości, jak oni się z tym czują, i czy na przykład w pracy mówią o tym otwarcie. Ku mojemu zdziwieniu wydawało mi się, że to już ludzi nie dotyczy, że nikt na to nie zwraca uwagi. Okazało się, że masa ludzi ma z tym jakiś problem i w pewien sposób się tego wstydzi.Oczywiście zależy to od środowiska. Masa czołowych, polskich, współcześnie działających artystów, różnych pokoleń, starszego jak i obecnych trzydziesto – czterdziestoparolatków, są to ludzie pochodzący z małych miejscowości. Wydaje mi się, że obecnie obserwujemy początek dużej zmiany w tym zakresie, w różnych środowiskach i obszarach życia społecznego.

Tuż przed wyborami jeden ze zwolenników partii opozycyjnej, której nawiasem mówiąc, nie darzę sympatią, tak samo jak nie darzę sympatią partii rządzącej, użył takiego sformułowania, że potomkowie chłopów pańszczyźnianych odpowiadają za to, że w Polsce rządzi ten, kto rządzi. Co jest oczywiście jakimś kolosalnym, przeraźliwym uproszczeniem i pominięciem wielu elementów, które doprowadziły do tego, że obecnie jest, jak jest. Tego rodzaju słowa dalej pokazują, że w pewnych środowiskach wiejskie pochodzenie może być niestety dalej różnie odbierane.

Jak natura i środowisko naturalne wpływa na człowieka?

Taka przestrzeń pozostawia masę miejsca do opowiadania historii, ale też do zastanawiania się. Kiedy człowiek nie jest przebodźcowany, kiedy funkcjonuje w przestrzeni, która daje mu czas na namysł i nie atakuje zewsząd bodźcami, po prostu jest w stanie bardziej się skupić i przyglądać się rzeczom.

Być może trochę idealizuję, bo sama natura tutaj nie wystarczy, istotne jest jeszcze to czy np. dana osoba ma na tyle wolnego czasu, nie jest tak bardzo uwikłana w pracę, bo w takiej sytuacji nawet bliskość natury i mieszkanie w sercu lasu nic nie zmieni, jeśli nie ma siły i energii, żeby skupić się, na tym co ją otacza.
W dalszym ciągu wydaje mi się, że to jest taka przestrzeń, która pozostawia miejsce na namysł interpretację, na uzupełnianie tego swojego otoczenia historiami. W takiej przestrzeni ważna jest po prostu cisza, która może być wartościowa dla każdego w inny sposób. Tak samo, jak spacery w spokoju, którego zachowanie jest bardzo istotne, przynajmniej dla mnie.

Pewien niemiecki filozof twierdził, że nie wolno nigdy wierzyć niczemu, czego nie wymyśliło się w trakcie spaceru. Ja się z tym bardzo utożsamiam.

Jakbyś miał określić przymiotnik naturalny, co to znaczy naturalny?

Z tym pojęciem naturalności mam pewnego rodzaju problem, nie ufam opozycji kultura – natura.
Nie wierzę w założenie, że człowiek jest w jakiś sposób wyjątkową formą życia biologicznego, może tylko pod pewnymi względami. Jesteśmy wszyscy częścią toczącego się procesu i dziania się.

Wydaje mi się, że człowiek razem ze swoją działalnością, której pod żadnym pozorem nie staram się usprawiedliwiać, jest częścią całego ekosystemu. Kiedyś pewien mój znajomy, który jest zresztą niedoszłym doktorem z ochrony środowiska, podsunął mi taką myśl, że to, co obecnie się dzieje np. w kwestii tego, ile plastiku generujemy, przypomina działalność bakterii w szklance mleka. Bakterie, sobie tam żyją, konsumują to, co mogą skonsumować, potem wydalają, aż w końcu duszą się tym, co skonsumowały i co wydaliły. Potem zaczyna się rozwijać nowa forma życia, jakieś nowe bakterie.

Osobiście zgadzam się z tym, że jesteśmy w podobnym położeniu i nawet jeżeli ludzkości uda się wykończyć własny gatunek to życie na tej planecie się nie skończy. Będzie się dalej rozwijało, podążało swoją drogą i wydaje mi się, że tylko jakiś kosmiczny kataklizm byłby to w stanie zakończyć. Nie sądzę natomiast, że ludzkość jest w stanie zatrzymać rozwój życia biologicznego na planecie, nawet jeśli zakończy rozwój własnego gatunk

Jak wygląda Twoje wyobrażenie świata przyszłości?

Bardzo interesuje mnie, co się wydarzy, co się będzie zmieniać.
Idąc tropem wielu badaczy oraz pisarzy, można sobie wyobrażać, co się stanie, uprawiać futurologię pesymistyczną lub neutralną. Bardzo podobała mi się wizja oceanu pełnego styropianu Wiliama Gibsona w powieści Neuromancer. Coś takiego może się kiedyś wydarzyć, oby nie.

Jakiś czas temu brałem udział w wystawie zorganizowanej przez Centrum Nauk Kopernik i oczywiście bardzo podoba mi się ich działanie, bo mamy tam prace, które w ogóle nie są dziełami artystycznymi, tylko przedstawiają np. efekty, czy projekty typowo badawcze, dizajnerów, ale oprócz tego są też prace będące działaniem czysto artystycznym.

Jakiś czas temu miałem przyjemność brać udział w wystawie odbywającej się w ramach festiwalu Przemiany organizowanego przez Centrum Nauk Kopernik. Podobają mi się ich działania łączące zarówno projekty typowo badawcze, jak i te będące działaniem czysto artystycznym. Częścią festiwalu było wystąpienie pewnego pana, zajmującego się opowiadaniem o tym, co może wydarzyć się w przyszłości. Wskazywał, że są różne możliwości i kierunki, w jakich może się to potoczyć. Twierdził, że możemy przyjąć narrację optymistyczną, jak i pesymistyczną, że są rzeczy, które prawdopodobnie się wydarzą i takie, które nie wydarzą się wcale.

Ja może, zamiast opowiadać o tym, jak sobie wyobrażam przyszłość, to powiem, na co czekam. Czekam na hodowlę mięsa w probówkach, jestem bardzo zainteresowany tym kiedy się to wydarzy i jak to wpłynie na rynek. Nie jestem fanem mięsa, ale uważam, że to może bardzo wiele zmienić.

Ciekawi mnie też co będzie się działo z zagadnieniem plastiku w najbliższych latach. Podobno w morzach został odkryty jakiś organizm, który nauczył się zjadać plastik i żywi się plastikiem.

Czy brak kontaktu z przyrodą może mieć negatywne skutki?

Nazwałbym to raczej deficytem przestrzeni nieprzekształconej przez człowieka. Takie zjawisko jest coraz bardziej powszechne. Co więcej, coraz częściej można się spotkać z rodzajem fobii dotyczącej strachu przed naturalną przestrzenią i twierdzeniem, że jest ona niebezpieczna.

Mieszkanie w mieście od zawsze traktuje na zasadzie zła koniecznego, z tym też wiąże się fakt, że moja pracownia jak i studio, nadal znajduje się na wsi w domu moich rodziców. Kiedy tylko mam wolną chwilę to jadę tam i zamykam się na parę dni. W międzyczasie chodzę po lesie, choć niestety w trakcie robienia doktoratu te moje spacery są coraz rzadsze. Kiedyś też dużo biegałem, niestety obecnie praca pochłania większość moich zasobów energetycznych i przestrzenią, której najbardziej potrzebuję, jest własne łóżko i sen. Teraz ludzie z maseczkami na twarzy, ujawniają kinowe wizje świata z przyszłości. Nie odważyłbym się biegać w Krakowie. Ogólnie mam problem z maskami, są dla mnie strasznie niewygodne i kiedy wiem, że jest naprawdę paskudne powietrze, to je zakładam, ale nie noszę ich na co dzień, więc zdecydowanie jeśli biegać to gdzieś poza miastem.

Miasto, przynosi przebodźcowanie. Ustawicznie znajdujemy się w sytuacji społecznej, więc jedyne miejsce, gdzie tej sytuacji społecznej nie doświadczamy, jest nasz dom lub mieszkanie. Mamy masę różnych komunikatów wizualnych, jest wysoki poziom hałasu itd. Chętnie sprawdziłbym takie badania czy jest rzeczywiście i jaki wpływ wywiera mieszkanie w centrum miasta i jak się to ma do ludzi mieszkających na obrzeżach, czy wsiach.

Na wsiach szalenie trudno jest spotkać ludzi, którzy poza okresem zbierania grzybów, sami z siebie idą do lasu po prostu pospacerować. Ci, którzy mieszkają tam od zawsze, często traktują to otoczenie, jako coś zwyczajnego, czym nie należy się zachwycać.

Od dziecka lubiłem chodzić na spacery. Zawsze z tatą chodziliśmy sobie po lesie, opowiadając dziwne historie. Pamiętam, że w jednym miejscu było stare, ogromne, prawdopodobnie martwe drzewo. Strasznie się go bałem.
Potencjalne zagrożenie i rodzaj pewnego nieuporządkowania też stanowi dla mnie teraz interesujący aspekt natury.

Jaki wpływ mają twórcy na swoich odbiorców?

Komunikaty twórców są odzwierciedleniem jakiegoś stanu rzeczy, w którym tkwimy. Trudno prześledzić mi czy artysta ma wpływ na odbiorcę, Artysta i odbiorca myślą w pewnym momencie, w którym świat się znalazł o podobnych rzeczach i artysta interpretuje to na swój sposób, a odbiorca swoje myśli odnajduje lub zestawia z dziełami sztuki.

Pewien reportaż, zupełnie niezwiązany z naturą, a kwestią uzależnienia raperów w Stanach Zjednoczonych, wydaje mi się być ciekawym odniesieniem do kwestii oddziaływania bodźców na człowieka. Dotyczył tego, że modną używką stał się syrop na kaszel zawierający opiaty, które po zażyciu powodowały jedną wielką błogość i spokój. Reporter zastanawiał się, jak to wpłynęło na brzmienie hip-hopu, że Ci nowi raperzy nie rapują wcale o tym, kto jest lepszy tylko o tym, że napili się syropu na kaszel i jest im teraz bardzo błogo, że wszystko jest wolniejsze, bardziej wyraźne. Jeden z raperów zapytany, dlaczego tak jest, mówi, że jego zdaniem to, że w stanach powróciła skłonność do opiatów, wynika z ciągłego nieustannego przebodźcowania. Nie chodzi nawet no przestrzeń miejską, ale o fakt, że cały czas jesteśmy w zasięgu sieci internetowej, nosimy przy sobie telefony, że ciągle bierzemy udział w pewnej grze o jakąś pozycję społeczną, którą określa się lajkami,  followersami itd.

Być może jedni używają do tego samego celu opiatów, a inni kontaktu z naturą. Szukamy formy odcięcia się od pewnego nadmiaru w przestrzeni i świecie społecznym. Odpowiem tak, jak posiedzę sobie dłużej na wsi i wracam do miasta, to czuję się trochę tak, jakby ktoś mnie oblał wrzątkiem. Wszystkiego jest po prostu za dużo i z utęsknieniem czekam na to, aż pojadę do domu. Zamknę się i nie będę musiał patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy wpychają się do tramwaju, wypychają się na przystankach, każdy siedzi z nosem w telefonie.

Być może nie chodzi tutaj o naturę samą w sobie tylko o przestrzeń, w której jest po prostu mniej bodźców. Zastanawiam się, czy kiedy wchodzi się do lasu, gdzie wszystko jest zielono-brązowe, czy to nie jest w pewien sposób odpowiednik tego białego szumu, który nie jest agresywny. Nie wiem, co powiedziałby na to naukowiec, ale w moim przypadku, powrót na wieś, kontakt z naturą tak działa, jest formą uspokajającego odcięcia się.

Przyjeżdżając do rodziców, przez parę dni nie sprawdzam facebooka, ani maila. Mam poczucie, że mam po prostu święty spokój i mogę się zająć ciekawymi rzeczami, bez tych wszystkich rozmaitych rozpraszaczy.Jest w jakimś stopniu projektowanie sobie tego doświadczenia, mógłbym przecież pójść do lasu i siedzieć z nosem w telefonie, ale tego zazwyczaj zostawiam go w domu i znikam na kilka godzin. Idę przez las i obserwuję. Bardzo lubię znajdować rzeczy, które zaanektowała natura. Znalazłem na przykład kobiecy bucik, który w całości był od środka porośnięty mchem i porostami to było absolutnie fantastyczne. Takie obiekty wykorzystuje Diana Lelonek w swoich działaniach.

Z wielką przyjemnością wyobrażam sobie, że kiedyś w przyszłości będę miał dom na wsi i to nie w centrum, tylko gdzieś jak najbliżej lasu. Nie będę musiał się stamtąd ruszać. Choć z drugiej strony fajnie jest móc od czasu do czasu wyskoczyć do miasta pozałatwiać różne sprawy. Zresztą tak to trochę u mnie teraz wygląda. Jak tylko mam wolny czas to jadę na wieś i odpoczywam, jednak chcąc robić wystawy, muszę być w mieście.

Kim są Twoi odbiorcy?

Moja muzyka to smutna muzyka elektroniczna. Trudno jest mi powiedzieć, kto przychodzi na moje koncerty, na pewno są to ludzie, którzy odnajdują się w nieco przybrudzonych smutnych melodiach i klimatach.

Minimalwave to był taki gatunek, w którym interesująca jest pewna oddolność. Jego przedstawiciele byli to ludzie, którzy często nie byli w stanie założyć zespołu, więc kupowali sobie automat perkusyjny, jeden syntezator i w swojej sypialni nagrywali muzykę. Takie podejście jest mi bardzo bliskie, wymaga zdania się na samego siebie. Myślę, że z tego też wzięło się moje muzykowanie. Kiedy miałem około szesnastu lat słuchałem bardzo dużo metalowej muzyki.

Byłeś mroczy? 🙂

Nadal jestem (śmiech). Chciałem grać w zespole, nie było ludzi, którzy słuchali podobnej muzyki, a nawet jeśli to, nie takiej, która by mi się podobała i uważałem, że jest gówniana i nie chciałem z takimi ludźmi grać. Później koledzy z internetu pokazali mi inne gatunki muzyki, sporo dziwnej elektroniki.
Z czasem zaczęło mnie to coraz bardziej fascynować i pomyślałem sobie, że w sumie, po co mi zespół, mam komputer, mogę robić muzykę sam.

Później po latach odkryłem, że to zjawisko sięga lat osiemdziesiątych, kiedy ludzie zwłaszcza na zachodzie w pojedynkę albo z kolegą nabywali instrumenty elektroniczne i gdzieś w domowych warunkach, na magnetofon nagrywali mniej lub bardziej dziwną muzykę, czasem mniej czasem bardziej melodyjną. Ciekawe jest to, że większość tej muzyki była szalenie depresyjna i smutna.

Od początku interesowali mnie twórcy, którzy odczuwali z jakiegoś powodu potrzebę, muzykowania w wolnym czasie, poza pracą, w domu, nie mając może czasu, nawiązywać kontaktu z innymi ludźmi i zakładać zespołów. Nie robili kariery, tylko po prostu byli zainteresowani nagrywaniem muzyki

Czym będzie Twój kolejny projekt?

Od jakiegoś czasu piszę pełnoprawne opowiadanie. Lubię mieć czas, żeby się zastanowić, dlatego pisanie preferuję o wiele bardziej niż opowiadanie. Najbliższej jest mi do literatury, myślenie, pisząc, jest dla mnie bardziej naturalną rzeczą. Lubię mieć czas, żeby się zastanowić, pójść do lasu, gdzie nie atakują mnie zewsząd dziwne i nachalne bodźce.